Obrazik w lesie pod Leźnem, czyli ślad po wielkiej armii Napoleona

532557628 1328291479302573 1098010423816675535 n (1)

Na terenie dawnego przysiółka Małego Leźna, pomiędzy jeziorem Piaseczno a Wielkie Leźno, głęboko w lesie znajduje się kapliczka owiana legendą. Od 213 lat mieszkańcy dbają o to miejsce i wszystko na to wskazuje, że od tylu lat przekazują sobie ciekawą historię w niezmienionej formie

Na polanie wśród leśnej gęstwiny znajdujemy tu kapliczkę zwaną “Obrazikiem”, a także tablicę z krótkim opisem, skąd się wzięła. Historia wydarzyła się w ciężką grudniową zimę 1812 roku.

„Miejscowa tradycja zostawiła nam przekaz o francuskim oficerze, katoliku pochodzącym z Marsylii. Przez wiele dni przetrząsałem dostępne mi dokumenty, czytałem relacje, które wprawdzie nie dały pewności, ale za to silne przypuszczenie, że owym żołnierzem mógł być kapitan artylerii z korpusu generała Jeana Baptista Eble – Patrick Gonocurt, o którym napisano w raporcie strat, że “zmarł w drodze przez południe Prus”. Prawdopodobnie był jedynym marsylczykiem – oficerem artylerzystą z – w końcu nie tak wielkiej – grupy Francuzów przechodzących tamtej strasznej zimy przez okolice Brodnicy” – relacjonuje regionalista Piotr Grążawski z Brodnicy. Poniżej jego wersja wydarzeń, opublikowana przed laty w gazecie „Czas Brodnicy”.

Wielka armia w odwrocie

„Był początek grudnia 1812 roku. Od krańców Syberii aż do Paryża Europę pokrywała gruba warstwa śniegu (…). Trzaskający mróz, choć nie zdołał jeszcze całkowicie skuć wszystkich rzek, to jednak sprawił, że kra na wielu pozrywała mosty, czyniąc je niemożliwymi do przejścia. Wielka armia Napoleona wracała spod Moskwy przez bezkresną, spaloną Rosję zmęczona, skostniała z zimna, otoczona chmarami atakujących zewsząd Kozaków i watahami wilków pożerających trupy (…)”

„Ciężko ranny generał inżynier Jean Baptiste Eble nakazał swoim oficerom, wśród których zapewne był kapitan Patrick Gonocurt, aby poprowadzili ocalałych żołnierzy z jego korpusu “pruską granicą, najkrótszą drogą do Francji (…)”. Wprawdzie w drodze przez Prusy i Księstwo Warszawskie już nie musieli obawiać się kozackich ataków, ale sroga zima przybrała jeszcze na sile, kraj był wyniszczony przemarszami, ogołocony z żywności, a kolumnom z daleka przyglądały się cierpliwie wielkie watahy wilków rozsmakowanych w ludzkim mięsie. Chateaubriand w “Pamiętnikach z zza grobu” pisał:

“Żołnierzom bez butów umierają stopy, ich włosy sztywnieją od szronu, nędzne ubrania stają się skorupą lodu. Padają, śnieg ich okrywa. Ziemię znaczy szlak grobów”.

Przejście od miasta do miasta dla wynędzniałych, skatowanych drogą przez Rosję (ponad tysiąc kilometrów!), nieprzywykłych do takich mrozów Francuzów stawało się wyzwaniem ponad siły. Sierżant Bourgogne wspominał:

“Żołnierz wpadł do rowu, a towarzysz nie mógł go wyciągnąć, bo miał odmrożone ręce”.

W tej sytuacji postanowiono w pierwszej kolejności ratować rannych i ciężko osłabionych generałów oraz wyższych oficerów. Większość z nich umieszczono w naprędce organizowanych szpitalach w Królewcu, pozostali musieli iść dalej.

Droga kapitana Patricka

Kpt Patrick Gonocurt i garstka podległych mu żołnierzy zgodnie z poleceniem dołączyli do kolumny mającej zamiar iść do Francji – mniej więcej pograniczem Księstwa Warszawskiego i Prus. Wprawdzie kapitan miał paskudną ranę, ale nie zakwalifikował się do “szpitala” w Królewcu, bo tam trafiali tylko ci od pułkownika w górę. Spodziewano się, że może da się go umieścić na kwaterze w Iławie Pruskiej, ale miasteczko było dosłownie zawalone uchodźcami Wielkiej Armii i kompletnie zdemolowane. Chcąc nie chcąc, podwładni Gonocurta sklecili prymitywne sanie, po czym umieścili na nich swojego dowódcę, mając nadzieję, iż – oszczędzając mu wysiłku – jakoś dociągną go do któregoś z większych miast, gdzie może znajdzie jakąkolwiek opiekę medyczną.

Problemem było to, że Francuzi nie znali kraju ani języka, zaś wszystkie drogi przywalone były grubą warstwą śniegu. (…) Trzeba pamiętać, że zwykły żołnierz nie dysponował wówczas żadnymi mapami, kompasami, a zimowa zadyma sprawiła, że krajobraz właściwie zniknął. Zatem szły te kolumny cieni Wielkiej Armii w większych, a nieraz całkiem małych grupach, brnąc po nieznanym, ogołoconym kraju, gdzie przyjmowano ich niechętnie, gdyż nawet kilku żołnierzy potrafiło w ciągu dnia pozbawić gospodarstwo rocznych zapasów.”

532557628 1328291479302573 1098010423816675535 n
Tak obecnie wygląda Obrazik (fot. FB Przystanek Górzno)

 

Dopowie legenda, gdy historia milczy

„W tym miejscu, z braku pewnych historycznych dowodów, trzeba nam, niestety, jedną nogą wkroczyć do legendy. To niezwykłe, ale ta opowieść funkcjonuje (…) od dwustu lat w niezmienionej formie, co tego rodzaju przekazom prawie się nie zdarza! (…)

Kapitan Patrick mimo opieki swoich podwładnych czuł się coraz gorzej, i to tym bardziej, że rozumiał, iż dla żołnierzy z dnia na dzień stawał się narastającym ciężarem. (…) Na postojach zauważyli, że ranny bardzo często sięgał za pazuchę swoich łachmanów i, trzymając tam rękę na piersi, mamrotał coś niezrozumiale. Jedni uznawali owo mamrotanie za modlitwę, inni za objaw gorączki. (…)

Wigilię spędzili w opuszczonej wiosce niedaleko Brodnicy. Początkowo planowali nawet wejść do miasta, ale im to odradzono, twierdząc, iż Brodnica jest zapchana, ogołocona ze wszelkich zapasów, zagrożona wybuchem epidemii. Jakiś obdartus podpowiedział im, że powinni raczej udać się do pobliskiego (hm…) Lidzbarka, które to miasteczko położone nieco na uboczu głównych szlaków dawało większe obietnice. (…)

Na drugi dzień, 31 grudnia 1812 roku, gdy minęli wieś Leźno, dostrzegli, iż kapitan Patrick Gonocurt najwyraźniej umiera. Szli właśnie pobrzeżem starego, posępnego lasu, gdzie zadymka aż tak bardzo nie dokuczała, zaś zaspy były zdecydowanie mniejsze. Widząc nadchodzącą śmierć dowódcy, stanęli przy sporym dębie i jako chrześcijanie runęli na kolana, gorącą modlitwą prosząc Boga o miłosierdzie dla konającego.

On sam był spokojny, zmarł w połowie litanii, trzymając dłoń pod łachmanem. Chwilę później jeden z sierżantów odkrył tajemnicę kapitana. Pod resztkami munduru i okrywających go nędznych szmat przyciskał do serca obrazek z wizerunkiem tej, która do końca towarzyszyła Chrystusowi i która pierwsza widziała oznaki Jego zmartwychwstania – świętej Marii Magdaleny, patronki Marsylii, skąd pochodził. Uroczysta, pełna wzruszenia cisza zaległa wśród zebranych. Oto prawdziwy skarb chrześcijanina…

Płatki śniegu już nie topniały na obliczu zmarłego, za to stopniały marsowe, ogorzałe w bitewnym ogniu twarze starych wiarusów. Ich oczy skamieniałe od wszystkich okropności świata, które widziały, przygasłe od wżartego w nie kurzu i prochu wypełniły łzy. Serca popędziły daleko do kraju rodzinnego, gdzie pod błękitnym niebem spływają ze wzgórz winnice…

Nawet nie spostrzegli, kiedy nadeszli gospodarze z pobliskiej wsi. Pomogli żołnierzom pochować kapitana, a na dębie umieścili jego obrazek z podobizną pięknej świętej Marii z Magdallah nad jeziorem Genezaret, patronki Marsylii, ale też dzieci mających trudności z chodzeniem, więźniów, zbłąkanych w życiu. Samotny grób stał się miejscem częstych odwiedzin. Szczególnie ludzie utrudzeni, styrani trudnościami ciężkiego żywota, a szukający ukojenia odnajdywali tu spokój duszy, jednali się z Bogiem i sobą.

Minęły lata, zniszczony przez czas wizerunek świętej Marii Magdaleny zastąpiono najpierw krzyżem, a potem ktoś wykonał przydrożną kapliczkę, jakich pełno na tym pomorskim skrawku naszej Ojczyzny. Różne tu przez 200 lat przechodziły burze, ale o biednym napoleońskim oficerze z Marsylii, który złożył głowę na tej ziemi, nie zapomniano nigdy, przez pokolenia wiernie przekazując jego historię, zaś miejsce jego grobu do dziś mieszkańcy zwą Obrazikiem” – opowiada Piotr Grążawski.

1756
Fragment tablicy z opisem umiejscowionej obok Obrazika (fot. archiwum)

 

Przysiółek, który już nie istnieje

Krótszą opowieść regionalistki Ewy Rzeszutko z Lidzbarka na temat Obrazika znaleźliśmy na profilu FB „Przystanek Górzno”.

„Było to owej upiornej zimy roku 1812, gdy zdziesiątkowana armia Napoleona wracała spod Moskwy. Wówczas to jeden z oficerów oddziału przedzierającego się przez te lasy w stronę Brodnicy zdołał jedynie dotrzeć do rozstaju dróg i tam zmarł od ran i wyczerpania. Jego wierni żołnierze złożyli go do leśnej mogiły, zaś na stojącym obok drzewie przytwierdzili znaleziony przy zmarłym obrazek Marii Magdaleny, patronki Marsylii. Gdy Francuzi odeszli, mieszkańcy Leźna umieścili w tym miejscu figurkę Matki Boskiej i tak powstała kapliczka, którą otoczyli szczególną opieką.

Wkrótce powstał tu przysiółek Małego Leźna, na pamiątkę wydarzeń z 1812 roku nazwany Obrazik. W XIX wieku zamieszkiwało tu ok. 60 osób. Po II wojnie światowej osada wyludniła się i została po niej tylko kapliczka… Czasami ciemną nocą na rozstaju dróg przy kapliczce słychać żołnierskie kroki pełniącego wartę Francuza…

Ta opowieść ma ciąg dalszy. Lasy te w czasach zaborów były własnością króla Prus, jego urzędnicy uznali, że nie może być czczona nie uznawana przez protestantów Matka Boska, dlatego należy to miejsce zniszczyć. Na wiadomość o tym sąsiednie wsie podniosły bunt i zwróciły się do Pana Różyckiego, właściciela sąsiedniego majątku we Wlewsku, o pomoc. Ten wystąpił w parlamencie pruskim w obronie miejsca i ludności. Problem rozwiązał Bismarck, który przesunął granice lasu o kilkanaście metrów, i w ten sposób teren sporny stał się własnością Pana Władysława Różyckiego z nakazem dbania o to miejsce. Dokument ten znajdował się w majątku aż do chwili wkroczenia krasnoarmiejców, którzy rozpalili sobie tymi dokumentami ognisko.” – kończy Ewa Rzeszutko.